Przejdź do głównej zawartości

Posty

Nauczyciele

No cóż, nie można ich wkładać do jednego worka. Moich nauczycieli z podstawówki w większości dobrze wspominam. Umieli przekazać wiedzę, choć robili to w sposób staroświecki, niejako rozpędem. Później, w liceum, czasy zaczęły się zmieniać, świat gnał do przodu, a szkoła nie nadążała. Może dlatego większość nauczycieli z mojej szkoły średniej wspominam nie najlepiej. Pędzili z programem, nie tłumaczyli, a zadawali, żonglowali podręcznikami i bez przerwy straszyli, zrzucając na uczniów całą odpowiedzialność za wynik nauczania. Efekt był taki, że każdy robił co mógł, aby ten wynik na papierze wyglądał zadowalająco. Co tam kogo zadowalało, to zupełnie inna sprawa. Języki – polski jakoś sobie trwał, obce, to szkoły językowe, do których uczęszczało wielu uczniów. Szkoła nie była miejscem, gdzie można się było nauczyć języka obcego – wynikało to nawet z przewidzianych w planie godzin bodaj 4 lub 5 godzin tygodniowo na dwa języki obce. Historia – po łebkach, przesadne rozwodzenie się nad ...

Czas na nowy afisz

Staram się nie pisać wprost o polityce, ale dziś to zrobię. Mówi się: zainteresuj się polityką, zanim polityka zainteresuje się tobą. No i przyszedł dla polskich wyborców czas, że polityka się nimi zainteresowała w takim stopniu, że polityką zainteresować się musieli. O prawdziwości tego twierdzenia niech świadczy frekwencja w wyborach – do tej pory niespecjalnie zajmujących – samorządowych. Nie sam wynik jest tu znamienny, a właśnie frekwencja.   Okazało się, że nie jest z nami tak źle, jak to mówili panowie naukowcy, analitycy, dziennikarze, publicyści i inni spece. Tak zwany przeciętny wyborca, niezależnie od poglądów, jest w stanie władzy wybaczyć wiele, jeśli władza niewybaczalne sprawy zrekompensuje. A przynajmniej jeśli wiarygodnie coś obieca, a potem dotrzyma (co rzadkie), a przynajmniej stworzy pozory dotrzymania. Jeśli jednak władza obiecuje nieudolnie, dotrzymuje rzadko, a zamiast pozorów prezentuje chucpę i arogancję, ludzi traktuje jak niezbyt rozgarnięte dzieci – no,...

Taka sytuacja

Znalazłem się ostatnio w dziwnej sytuacji. Jechałem samochodem i próbowałem skręcić w prawo z podporządkowanej ulicy w główną. Na głównej samochody jechały dość wolno jeden za drugim – sznureczkiem. Jeden z kierowców, jak to u nas już coraz częściej bywa, przepuścił mnie. Zatrzymał się, abym mógł włączyć się do ruchu. Tu jednak pojawił się zgrzyt. Otóż po drodze była jeszcze ścieżka dla rowerów, którą nadjeżdżał król szos. Wyjeżdżałem bardzo ostrożnie i widziałem go z daleka. Zatrzymałem się widząc, że cyklista nie ma zamiaru zwalniać, a on śmignął mi przed maską coś tam pokrzykując. Kierowca, który mnie przepuszczał, poczekał jeszcze kilka sekund, abym mógł włączyć się do ruchu. Za ominięcie pojazdu stojącego przed przejściem dla pieszych grozi sroga kara, chyba najwyższa, jaką można wymierzyć. Gdy kierowca wpuszcza inny pojazd, jadący sąsiednimi pasami (w tym samym lub przeciwnym kierunku) także powinni umożliwić przejazd przepuszczanemu. To się nazywa kultura jazdy, coraz bardziej...

Korniki

Dużo ostatnio się pisze o korniku drukarzu (ips typographus), o jego wpływie na lasy i konieczności (lub nie) wycinania drzew z jego powodu. Ale ja dziś nie o tym. Maksim Gorki powiedział, że dla dzieci trzeba pisać tak samo jak dla dorosłych, tylko lepiej. Jego twierdzenie można spokojnie rozszerzyć na muzykę – dla dzieci trzeba grać tak samo, jak dla dorosłych, tylko lepiej. Tymczasem tworzone i nagrywane obecnie piosenki przeznaczone dla najmłodszych powodują więdnięcie uszu. Wystarczy wziąć popularną piosenkę (albo napisać jakiś infantylny tekst), zaśpiewać ją przy akompaniamencie automatu perkusyjnego i „kiborda”, i już można być gwiazdą Jutuba. Tymczasem jest to najprostsza droga do wychowania kolejnego niemuzykalnego pokolenia, które nie będzie umiało grać, śpiewać, ani nawet słuchać! Już teraz osoby na oko „na poziomie” bez wstydu mówią: „E, ja to na muzyce się nie znam, mogę rozpoznać czy grają, czy nie”. Wspólne śpiewanie jest zarezerwowane do rodzin zawodowych muzyków i edu...

A może by tak rozwodzik?

Podobno prawie połowa małżeństw zawieranych w ostatnich latach rozpada się, czyli kończy rozwodem. Nie tylko w Polsce. Ciekawe dlaczego? Może z tego powodu, że do ludzi dotarło, że nie trzeba „nieść krzyża” i męczyć się w imię poprawności społeczno-politycznej. Coś nam się od życia należy. Jeśli nie lubię ludzi, z którymi się spotykam, to się nie spotykam, jeśli żona/mąż mnie męczy/nudzi/denerwuje/dręczy/ogranicza, to się rozwodzę. To na pewno częsty powód. A może dlatego, że wyzwania dnia codziennego to straszna nuda i rutyna. Z mediów bez przerwy wylewa się pochwała aktywności fizycznej, podróżowania, spontaniczności; reklamy zachęcają do kupowania nowych rzeczy, takich, które są cool. Bądź spontaniczna, wyjedź na drugi koniec świata! Bądź męski kup sobie terenówkę i jedź na rajd offroadowy! A rzeczywistość skrzeczy. Budżet się nie domyka, dziecko marudzi, trzeba je wozić do szkoły i na treningi, po pracy od razu do domu, wyjazd na dłużej – tylko z rodziną. A samotnie to sobie można...

Marie Curie

Byłem niedawno świadkiem wymiany zdań między organizatorem imprezy plenerowej a panią z widowni. Otóż prowadzący wspomniał dubeltową noblistkę Marię Curie-Skłodowską, tak właśnie ją nazywając. Pani żądała sprostowania i zdjęcia za sceny tego „niepatriotycznego” prowadzącego, który odwraca kolejność nazwisk. Cytat niedokładny, bo z pamięci: „Jak Polak może tak mówić o naszej wspaniałej uczonej?!”. Bardzo chętnie przyznajemy się do „naszych” za granicą, gorzej z „naszymi” w Polsce. Maria Skłodowska wyjechała do Francji, żeby studiować i realizować swój pomysł na życie. Na wspaniałe uniwersytety w nieistniejącej wtedy formalnie Polsce nie miała wstępu. Kobiety nie są stworzone do studiowania. Wielu mędrców głosiło całkiem poważnie takie poglądy i były one powszechne. W Paryżu Maria Skłodowska poznała Pierre’a Curie, za którego wyszła, przyjmując jego nazwisko. Wszędzie poza Polską jest znana jako Marie Curie. Skłodowską doczepiamy tylko tu, nad Wisłą, w dodatku niekonsekwentnie, raz jako...

Kompetencje? Się nadrobi!

Wiele spraw byłoby załatwionych lepiej, wiele problemów rozwiązanych szybciej, wiele zadań wykonanych efektywniej, gdyby ludzie byli bardziej kompetentni. Chyba jednak nie jest to priorytet. Zdobywanie kompetencji to żmudny i długotrwały proces, który należy właściwie zaplanować, przeprowadzić i zweryfikować. Nikt prawie nie wie, jak ludzi czynić kompetentnymi. Posyła się człowieka do szkoły, w której nie uczy się, a naucza, wtłacza wiedzę ex cathedra. Umiejętności człowiek nabywa poprzez doświadczenie, czyli na własną rękę. Proces edukacji w obecnej formie bardziej w tym przeszkadza, niż pomaga. Po latach nauki człowiek zaczyna karierę zawodową. Tu okazuje się, że w większości (śmiem twierdzić) przypadków przyswojona wiedza w miejscu pracy nie jest do niczego potrzebna. Zatem już proces rekrutacji jest obarczony dużą dozą uznaniowości. Przecież i tak każdego trzeba przeszkolić, wdrożyć, z początku przypilnować. Czyli można przyjąć doświadczonego albo swojego. Tu rozpoczyna się właści...

Szanujmy przeszłość

Oj, pozmieniało nam się w kraju, pozmieniało. Z jednej strony naród polski jest oporny i z zasady władzy niechętny – nawet tej, którą sobie wybierze. Jednak jak żadna choroba nie pozostaje bez wpływu na organizm, tak wszystkie wstrząsy i zawirowania w życiu społeczeństwa odciskają na tym społeczeństwie piętno. Poprzednia miłościwie nam panująca ekipa wmówiła nam, że ogólnokrajowy wzrost gospodarczy jest najważniejszy, że jak bogaty się wzbogaci, to i biednemu coś z tego skapnie. I bogacili się bogaci na potęgę, ale próżno ci biedniejsi miski nadstawiali – kapało słabo, albo i wcale. Wmawiano nam zacofanie, wmawiano, że stabilność zawodowa (etat) i życiowa (własne mieszkanie) to przeżytek, bo przecież „na zachodzie” to wszyscy wynajmują mieszkania i pracują na samozatrudnieniu. Oczywiście kto by tam sprawdzał, jak jest naprawdę. Ideologicznie się poprzednia władza nie chciała za bardzo określać, raczej lawirowała, by nikogo zbytnio do siebie nie zniechęcić. Jednak narodowy mało kapało w...

Pogoń za pieniądzem, czyli ocena minimalna

Od początku roku szkolnego na bilbordach wisi podobizna ucznia podstawówki, który mówi „Obiecuję podniesienie oceny minimalnej, jeśli kupisz mi laptopa”. W reakcji na tę reklamę sieci sklepów z artykułami RTV-AGD głos zabrali specjaliści od wychowania. Że demoralizacja, że rodzice traktowani są jak bankomat, że dziecko pozbawione jest satysfakcji z pracy i samorozwoju, a liczy tylko na nagrody. A przecież nieważne korzyści, ważna pasja, radość ze zdobywania wiedzy i pogarda dla dóbr doczesnych. Zaraz zaraz… A czy my, dorośli, nie oczekujemy gratyfikacji finansowych za swoją pracę? Podwyżki, premii, jeśli spiszemy się dobrze? Dlaczego nagle uczenie, że za ciężką pracę i dobre wyniki czeka nas nagroda, także finansowa, jest niemoralne? Cóż złego jest w uczeniu zależności: „będziesz się dobrze uczył - dostaniesz nagrodę i będziesz żył wygodnie”? Przywołane „poprawienie oceny minimalnej" powinno skutkować kupieniem laptopa (ale dopiero po wykonaniu zadania), ale obniżenie tej oceny m...

Marzymy o spokojności

Krążyła niedawno po sieci mapa Europy , na której poszczególne państwa oznaczone zostały nie swoją własną flagą, a flagą najliczniejszej mniejszości narodowej. Polska flaga wypełniła terytorium Irlandii, Islandii i Norwegii. No i Litwy, ale to z powodów historycznych, a ja dziś o czym innym. Polaków – wynika z tej mapy – najbardziej ciągnie do małych krajów, z dobrze rozwiniętym socjalem i ważną rolą wspólnot lokalnych. Tam się odnajdują, tam najczęściej chcą pozostać. Jeśli Polak (posłużę się własnym przykładem) pojedzie do Irlandii i postara się żyć jak jej obywatel, czyli nie zamknie się w polskim towarzystwie, to po niedługim czasie czuje się jak u siebie w domu. Gdy gra bez faulowania, nikt mu krzywdy nie zrobi, nikt nie okaże wrogości, ani nawet złośliwości*. We mnie zaczęła zanikać podejrzliwość i ostrożna niechęć do innych ludzi, czułem się dobrze i na luzie wiedząc, że nikt na mnie nie nawarczy, a raczej cierpliwie wysłucha i w razie potrzeby pomoże – w sklepie, urzędzie, w pr...

Dewaluacja prezydentury

Ostatnim prezydentem faktycznie reprezentującym powagę urzędu i jednocześnie najbardziej bezstronnym, był oczywiście Aleksander Kwaśniewski. Najlepszy dowód, że utracił sympatię (mówiąc delikatnie) partii, z której wyszedł i która wystawiła go w wyborach, właśnie za brak oczywistego i stałego poparcia dla rządów SLD. Obywatele docenili go jako głowę państwa, wybierając na drugą kadencję już w pierwszej turze. Mam wrażenie, że gdyby ordynacja zezwalała na większą liczbę kadencji, Kwaśniewski rządziłby do dziś. Po nim było tylko gorzej. Lech Kaczyński, niespodziewany zwycięzca nad Donaldem Tuskiem, był prezydentem partyjnym, w dodatku pod mocnym wpływem swego brata – szefa partii, później także premiera. Oceniany źle, bez szans na reelekcję. Tragiczna śmierć wyidealizowała tę postać, jednak nie przełożyło się to na sukces PiS-u. W niespodziewanej, bezprecedensowej sytuacji znalazła się polska polityka przed poprzednimi wyborami prezydenckimi. Lider partii i premier Donald Tusk nie chcia...

Skandal!!!

Historia toczy się nie kołem, a sinusoidą. II wojnę ZSRR zaczynał jako neutralny cichy sojusznik Hitlera, później sprzymierzył się z koalicją antyhitlerowską, dzięki czemu pokonanie Rzeszy stało się możliwe. Po wojnie, a właściwie już pod jej koniec, przyjaźń z Zachodem mocno oziębła, co spowodowało zimną – na szczęście – wojnę. Historia historią, a życie toczy się tu i teraz. Patrzenie na wszystko przez pryzmat dawnych krzywd jest zwyczajną dziecinadą, by nie użyć adekwatniejszego słowa. Same krzywdy też często nie są oczywiste i jednoznaczne. Obrażanie, poniżanie i wszelka przemoc są u nas usprawiedliwiane. Od oskarżenia „Żydzi zabili Jezusa” przez wieki mamy do kogoś o coś pretensję. Do Szwedów za potop, do Niemców i „Ruskich” za całokształt, do Czechów, że „kolaboranci”, do warszawiaków, że „buraki”, do krakusów, Ślązaków, poznaniaków – na każdego się coś znajdzie. Im dana nacja lub grupa społeczna dalej od nas, tym pretensje mniejsze. Najbardziej bodaj drażniącą fobią, która prze...

Czy wołowina ma narodowość?

Chodzi sobie człowiek po sklepie, żeby nabyć artykuły spożywcze potrzebne do przygotowania kolacji/śniadania/imprezy *niepotrzebne skreślić – i czyta, cóż to oferuje sprzedawca. Jabłka z polskich sadów, jaja od polskich kur (biegających po polskich łąkach), polską wołowinę, polską wieprzowinę, tradycyjną polską wędlinę, sery i tak dalej i tak dalej. Cóż to za żywnościowy patriotyzm? Podejrzewam, że to nie tylko nasza polska specyfika. W Irlandii widziałem na paczce z mielonym mięsem nalepkę z flagą i napisem „Irish Beef”. Pewnie na klientów to działa, bo napisów przybywa, organizowane są też różne kampanie, że polskie to lepsze. Czy naprawdę nie ma lepszego sposobu na promocję dobrej żywności, niż nalepianie na wszystko flagi i czynienie z codziennej konsumpcji aktu patriotyzmu? Mnie jako konsumenta interesuje, czy żywność jest dobrej jakości i nie kosztuje majątku. To znaczy rozumiem, że dobra jakość oznacza wyższą cenę, ale bez przesady. Logicznie do sprawy podchodząc krajowe produkt...

Potęga esperanto

Przeczytałem niedawno, że Donald Tusk przez ostatnie cztery lata uczył się intensywnie języka angielskiego. Średnio 6 godzin tygodniowo, co daje ponad 1300 godzin nauki. Nie jest to przesadnie dużo, nie wiemy też, jakie Pan Premier miał podstawy, ile uczył się wcześniej. Z wypowiedzi, jakie można znaleźć w relacjach z posiedzeń Parlamentu Europejskiego i innych spotkań międzynarodowych, wychodzi smutny obraz – nie jest to język giętki. Problem wcale nie tkwi w premierze (obecnie prezydencie UE) Tusku. Przeciętny człowiek nie ma specjalnych zdolności językowych i jeśli nie zajmuje się lingwistyką zawodowo, bardzo trudno jest opanować obcy język, z jego odmiennym systemem gramatycznym, słownictwem i wymową. Angielski jest językiem trudnym do nauczenia, a jeszcze trudniejszym do opanowania w stopniu pozwalającym toczyć swobodną dyskusję polityczną, o naukowej nie wspominając. W jednoczącej się Europie (nie zjednoczonej, bo do pełnego, a nie tylko formalnego zjednoczenia bardzo jeszcze da...

O trollach prywatnych i publicznych

Troll to stwór z mitologii skandynawskiej. Znany od wieków, w legendach i podaniach przybiera najróżniejsze rozmiary i oblicza. Jedno jest jasne – jest złośliwy, chciwy – krótko mówiąc, mało sympatyczny. W czasach internetowych trollem określa się aktywnego komentatora artykułów internetowych – upierdliwca, albo prowokatora, który dla wywołania kłótni lub po prostu zdobycia zainteresowania swoim komentarzem głosi kontrowersyjne poglądy, albo, niezależnie od swojego zdania, jest przeciw. Na zasadzie „nie bo nie”. Taki komentator wręcz pragnie odpowiedzi, a jeszcze bardziej świadomości, jaką frustrację wywołuje wśród tych, którzy chcieliby prowadzić dyskusję na serio. Jeszcze do niedawna trollowanie było bardzo skuteczne – denerwowało wielu. Z czasem ludzie przywykli i teraz takie komentarze pozostają bez odpowiedzi, albo jedyną odpowiedzią jest ostrzeżenie „Nie karmić trolla!”. Taki internetowy prowokator musi się teraz namęczyć intelektualnie, by wywołać burzę; zwykłe: „X to ubek” alb...

Do czego służy władza?

Dawniej władca rządził swoim obszarem (państwem, miastem, zamkiem itp.) niepodzielnie, jego zdanie stanowiło prawo, jego wola stawała się rzeczywistością. Poddani nie mieli za wiele do powiedzenia, a władca miał prawo nie przestrzegać prawa przez siebie ustanowionego. Zakazy i nakazy były dla poddanych, władców nie dotyczyły. „Punktualność jest uprzejmością królów” – jak ktoś kiedyś zgrabnie powiedział. Przez wieki sytuacja się zmienia. Idee wolnościowe równościowe, Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela, demokracja – to wszystko zrównuje w prawach i obowiązkach wszystkich, niezależnie od pochodzenia, wyznania, majątku czy statusu społecznego. Piękne to idee, w praktyce jednak nie do zastosowania w stu procentach. Te wyjątkowe przywileje rządzących powinny być jednak związane tylko z koniecznością sprawowania władzy lub wykonywania zadań publicznych. Stąd immunitet dla parlamentarzystów, dyplomatów, sędziów, stąd specjalne uprawnienia służb mundurowych, stąd „koguty” na samochodach uprz...

Tu się spełniają sny

„Chmury za Wisłą zniżają swój lot, inny jest kolor podwórek i bruku. Słowa się rzadko nadają do druku, noc tu ukradkiem przemyka jak kot”. Dzielnica, a raczej rejon Warszawy, prawobrzeżna część złożona z kilku dzielnic. Ma burzliwą historię, dłuższą od lewobrzeżnej części stolicy, jest ważną i nieodłączną częścią Warszawy – z punktu widzenia tradycji, polityki i kultury. Praga. Często niedoceniana, obrzucana epitetami, uważana za siedlisko występku, biedy i ogólnie – złe miejsce. Sam doznałem szoku, gdy zaproponowałem znajomej (młodej, wydawałoby się światłej) zorganizowanie spotkania w okolicach Ząbkowskiej, usłyszałem: „Gdzie? Tak daleko? Kto tam dojedzie?!”. Na szczęście to podejście szybko zanika, a po otwarciu drugiej nitki podziemnej kolejki pewnie będzie zanikać jeszcze szybciej. A ktoś, kto myśli, że Warszawa ogranicza się do obszaru między Placem Wilsona (nie Łilsona!) a Placem Unii Lubelskiej, niech sobie tak myśli dalej. Praga faktycznie była i jest dzielnicą specyficzną. B...

Wspólne śpiewanie i uliczne fortepiany

W Polsce czasów ostatnich kultura muzyczna obywateli kończy się na „Sto lat” i „Daj mi tę noc”. Powszechnie lubimy śpiewać głównie pod wpływem soku z ziemniaków, w grupie, byle jak, byle głośno. Na trzeźwo zdarza nam się śpiewać hymn. Kolędy już nie tak powszechnie. O graniu na jakimkolwiek instrumencie lepiej nawet nie wspominać. Zdarzyło mi się obserwować zwykłych obywateli w innych krajach, spędzających wolny czas na śpiewaniu i graniu. Słyszałem o Austriackich urzędnikach, którzy po pracy dwa razy w tygodniu spotykali się na próbach kwartetu smyczkowego. Widziałem Irlandzkich licealistów, którzy do pubu przynieśli tradycyjne instrumenty i grali ot tak, zamówiwszy napoje bezalkoholowe (byli niepełnoletni). Dorośli, przy piwie, również spotykali się grając i śpiewając tradycyjne irlandzkie piosenki – nawet dostąpiłem raz zaszczytu bycia częścią takiego efemerycznego zespołu i zagrać na bodhránie kawałek „Irish Rover” (bodhrán to taki bęben trzymany w ręce, w który uderza się krótką ...

Nie przesadzajmy z tym gorszeniem młodzieży!

Książka Dynastia Miziołków autorstwa Joanny Olech pierwszy raz publikowana była w odcinkach na początku lat 90. XX wieku w czasopiśmie „Świat Młodych”. Cenię i chętnie czytuję tygodnik „Przegląd”, ważny głos lewicy na polskim rynku prasy zdominowanym przez tytuły prawicowe. Zwykle nie mam zastrzeżeń co do jakości prezentowanych tam treści. Czasem nie zgadzam się z poglądami tam prezentowanymi, czasem aprobuję je częściowo, a czasem tygodnik trafia w sedno (wg mnie oczywiście). Jednak co jakiś czas komuś, zwykle niepodpisanemu, zdarza się puszczać notki mało obiektywne, za to bardzo stronnicze. Były okresy nagonki na poszczególne osoby. Były minister Kazimierz Ujazdowski jest mi równie bliski, co Pluton Słońcu, jednak publikowane tydzień w tydzień złośliwości pod jego adresem uważam za przesadzone, tym bardziej, że nie pełnił on już wtedy funkcji państwowych, a kompromitujące historyjki, często wyciągane z odległej przeszłości, były mało istotne w momencie publikacji. Podobny los spo...

Pytam się grzecznie, czego?!

Drobny handel i usługi, w mniejszych ośrodkach, ale nie tylko, opiera się na relacji sprzedawca-klient. Firmy starają się pozyskać optymalną liczbę klientów i dbać, by nie przestali być ich klientami. Jednym z ważniejszych metod jest odpowiednia obsługa podczas transakcji. Niby proste. Bywałem klientem w wielu firmach – sklepach, punktach usługowych, restauracjach, barach itp. Najmilej wspominam te placówki, w których zostałem obsłużony fachowo, sympatycznie i nienachalnie. Te trzy elementy są niezbędne dla zadowolenia klienta. Fachowość – przychodzę z moimi pieniędzmi, wiec chcę dokładnie wiedzieć, jaki jest wybór i co będzie dla mnie najlepsze. Jeśli nie jestem zorientowany, liczę na rzetelną poradę i pomoc w wyborze. Sympatyczna obsługa – nie oczekuję wymuszonego uśmiechu, nadskakiwania ani specjalnych względów, chciałbym po prostu poczuć się jak oczekiwany klient, który przyszedł w konkretnym celu, a obsługa jest właśnie po to, aby realizację tego celu umożliwić. Nienachalna obsług...