Przejdź do głównej zawartości

Posty

Taka sytuacja

Znalazłem się ostatnio w dziwnej sytuacji. Jechałem samochodem i próbowałem skręcić w prawo z podporządkowanej ulicy w główną. Na głównej samochody jechały dość wolno jeden za drugim – sznureczkiem. Jeden z kierowców, jak to u nas już coraz częściej bywa, przepuścił mnie. Zatrzymał się, abym mógł włączyć się do ruchu. Tu jednak pojawił się zgrzyt. Otóż po drodze była jeszcze ścieżka dla rowerów, którą nadjeżdżał król szos. Wyjeżdżałem bardzo ostrożnie i widziałem go z daleka. Zatrzymałem się widząc, że cyklista nie ma zamiaru zwalniać, a on śmignął mi przed maską coś tam pokrzykując. Kierowca, który mnie przepuszczał, poczekał jeszcze kilka sekund, abym mógł włączyć się do ruchu. Za ominięcie pojazdu stojącego przed przejściem dla pieszych grozi sroga kara, chyba najwyższa, jaką można wymierzyć. Gdy kierowca wpuszcza inny pojazd, jadący sąsiednimi pasami (w tym samym lub przeciwnym kierunku) także powinni umożliwić przejazd przepuszczanemu. To się nazywa kultura jazdy, coraz bardziej...

Korniki

Dużo ostatnio się pisze o korniku drukarzu (ips typographus), o jego wpływie na lasy i konieczności (lub nie) wycinania drzew z jego powodu. Ale ja dziś nie o tym. Maksim Gorki powiedział, że dla dzieci trzeba pisać tak samo jak dla dorosłych, tylko lepiej. Jego twierdzenie można spokojnie rozszerzyć na muzykę – dla dzieci trzeba grać tak samo, jak dla dorosłych, tylko lepiej. Tymczasem tworzone i nagrywane obecnie piosenki przeznaczone dla najmłodszych powodują więdnięcie uszu. Wystarczy wziąć popularną piosenkę (albo napisać jakiś infantylny tekst), zaśpiewać ją przy akompaniamencie automatu perkusyjnego i „kiborda”, i już można być gwiazdą Jutuba. Tymczasem jest to najprostsza droga do wychowania kolejnego niemuzykalnego pokolenia, które nie będzie umiało grać, śpiewać, ani nawet słuchać! Już teraz osoby na oko „na poziomie” bez wstydu mówią: „E, ja to na muzyce się nie znam, mogę rozpoznać czy grają, czy nie”. Wspólne śpiewanie jest zarezerwowane do rodzin zawodowych muzyków i edu...

A może by tak rozwodzik?

Podobno prawie połowa małżeństw zawieranych w ostatnich latach rozpada się, czyli kończy rozwodem. Nie tylko w Polsce. Ciekawe dlaczego? Może z tego powodu, że do ludzi dotarło, że nie trzeba „nieść krzyża” i męczyć się w imię poprawności społeczno-politycznej. Coś nam się od życia należy. Jeśli nie lubię ludzi, z którymi się spotykam, to się nie spotykam, jeśli żona/mąż mnie męczy/nudzi/denerwuje/dręczy/ogranicza, to się rozwodzę. To na pewno częsty powód. A może dlatego, że wyzwania dnia codziennego to straszna nuda i rutyna. Z mediów bez przerwy wylewa się pochwała aktywności fizycznej, podróżowania, spontaniczności; reklamy zachęcają do kupowania nowych rzeczy, takich, które są cool. Bądź spontaniczna, wyjedź na drugi koniec świata! Bądź męski kup sobie terenówkę i jedź na rajd offroadowy! A rzeczywistość skrzeczy. Budżet się nie domyka, dziecko marudzi, trzeba je wozić do szkoły i na treningi, po pracy od razu do domu, wyjazd na dłużej – tylko z rodziną. A samotnie to sobie można...

Marie Curie

Byłem niedawno świadkiem wymiany zdań między organizatorem imprezy plenerowej a panią z widowni. Otóż prowadzący wspomniał dubeltową noblistkę Marię Curie-Skłodowską, tak właśnie ją nazywając. Pani żądała sprostowania i zdjęcia za sceny tego „niepatriotycznego” prowadzącego, który odwraca kolejność nazwisk. Cytat niedokładny, bo z pamięci: „Jak Polak może tak mówić o naszej wspaniałej uczonej?!”. Bardzo chętnie przyznajemy się do „naszych” za granicą, gorzej z „naszymi” w Polsce. Maria Skłodowska wyjechała do Francji, żeby studiować i realizować swój pomysł na życie. Na wspaniałe uniwersytety w nieistniejącej wtedy formalnie Polsce nie miała wstępu. Kobiety nie są stworzone do studiowania. Wielu mędrców głosiło całkiem poważnie takie poglądy i były one powszechne. W Paryżu Maria Skłodowska poznała Pierre’a Curie, za którego wyszła, przyjmując jego nazwisko. Wszędzie poza Polską jest znana jako Marie Curie. Skłodowską doczepiamy tylko tu, nad Wisłą, w dodatku niekonsekwentnie, raz jako...

Kompetencje? Się nadrobi!

Wiele spraw byłoby załatwionych lepiej, wiele problemów rozwiązanych szybciej, wiele zadań wykonanych efektywniej, gdyby ludzie byli bardziej kompetentni. Chyba jednak nie jest to priorytet. Zdobywanie kompetencji to żmudny i długotrwały proces, który należy właściwie zaplanować, przeprowadzić i zweryfikować. Nikt prawie nie wie, jak ludzi czynić kompetentnymi. Posyła się człowieka do szkoły, w której nie uczy się, a naucza, wtłacza wiedzę ex cathedra. Umiejętności człowiek nabywa poprzez doświadczenie, czyli na własną rękę. Proces edukacji w obecnej formie bardziej w tym przeszkadza, niż pomaga. Po latach nauki człowiek zaczyna karierę zawodową. Tu okazuje się, że w większości (śmiem twierdzić) przypadków przyswojona wiedza w miejscu pracy nie jest do niczego potrzebna. Zatem już proces rekrutacji jest obarczony dużą dozą uznaniowości. Przecież i tak każdego trzeba przeszkolić, wdrożyć, z początku przypilnować. Czyli można przyjąć doświadczonego albo swojego. Tu rozpoczyna się właści...

Szanujmy przeszłość

Oj, pozmieniało nam się w kraju, pozmieniało. Z jednej strony naród polski jest oporny i z zasady władzy niechętny – nawet tej, którą sobie wybierze. Jednak jak żadna choroba nie pozostaje bez wpływu na organizm, tak wszystkie wstrząsy i zawirowania w życiu społeczeństwa odciskają na tym społeczeństwie piętno. Poprzednia miłościwie nam panująca ekipa wmówiła nam, że ogólnokrajowy wzrost gospodarczy jest najważniejszy, że jak bogaty się wzbogaci, to i biednemu coś z tego skapnie. I bogacili się bogaci na potęgę, ale próżno ci biedniejsi miski nadstawiali – kapało słabo, albo i wcale. Wmawiano nam zacofanie, wmawiano, że stabilność zawodowa (etat) i życiowa (własne mieszkanie) to przeżytek, bo przecież „na zachodzie” to wszyscy wynajmują mieszkania i pracują na samozatrudnieniu. Oczywiście kto by tam sprawdzał, jak jest naprawdę. Ideologicznie się poprzednia władza nie chciała za bardzo określać, raczej lawirowała, by nikogo zbytnio do siebie nie zniechęcić. Jednak narodowy mało kapało w...

Pogoń za pieniądzem, czyli ocena minimalna

Od początku roku szkolnego na bilbordach wisi podobizna ucznia podstawówki, który mówi „Obiecuję podniesienie oceny minimalnej, jeśli kupisz mi laptopa”. W reakcji na tę reklamę sieci sklepów z artykułami RTV-AGD głos zabrali specjaliści od wychowania. Że demoralizacja, że rodzice traktowani są jak bankomat, że dziecko pozbawione jest satysfakcji z pracy i samorozwoju, a liczy tylko na nagrody. A przecież nieważne korzyści, ważna pasja, radość ze zdobywania wiedzy i pogarda dla dóbr doczesnych. Zaraz zaraz… A czy my, dorośli, nie oczekujemy gratyfikacji finansowych za swoją pracę? Podwyżki, premii, jeśli spiszemy się dobrze? Dlaczego nagle uczenie, że za ciężką pracę i dobre wyniki czeka nas nagroda, także finansowa, jest niemoralne? Cóż złego jest w uczeniu zależności: „będziesz się dobrze uczył - dostaniesz nagrodę i będziesz żył wygodnie”? Przywołane „poprawienie oceny minimalnej" powinno skutkować kupieniem laptopa (ale dopiero po wykonaniu zadania), ale obniżenie tej oceny m...