Przejdź do głównej zawartości

Posty

O drobnych raz jeszcze

Wprawdzie już poruszałem ten temat we wpisie „Drobne proszę!", ale zaobserwowałem niedawno ciekawostkę, która umknęła mi poprzednim razem. Otóż myślałem, że natrętne domaganie się drobnych spowodowane jest ich brakiem w kasie oraz niefrasobliwością naszych handlowców. Okazuje się, że nie tylko. Stojąc w kolejce w jednym z barów szybkiej obsługi, zerkałem na szufladę kasy fiskalnej, dosłownie wypchaną wszystkimi nominałami PLN, zarówno banknotów, jak i monet. Miałem przy sobie tylko banknot stuzłotowy, poczułem więc ulgę, że nie będzie problemu z wydaniem reszty. Jakież było moje zdziwienie, gdy miła pani obsługująca na widok mojej stuzłotówki wykonała znane mi już gesty i spytała: „A drobniej pan nie ma?". Gdy już wyszedłem ze zdumienia i z baru (pani udało się jednak wydać mi resztę), zacząłem rozmyślać nad powodami takiego postępowania. Wymyśliłem kilka: sprzedający boją się fałszywych banknotów i starają się jak mogą unikać przyjmowania wysokich nominałów, brak obowiązku...

Wywoływanie duchów

Z ogromnym obrzydzeniem po raz kolejny obserwuję, jak środki masowego przekazu wywołują z niebytu postacie, które nie powinny w ogóle pokazywać się na łamach i antenach. Był okres, gdy popełniali głupstwo za głupstwem, gafę za gafą i kompromitowali nasz kraj w Europie i na świecie. Później zniknęli z życia publicznego - niektórzy po przegranych wyborach, inni na skutek rozgrywek partyjnych. To była znakomita okazja, żeby o nich zapomnieć, dać im w spokoju wieść żywot osób prywatnych. Gdyby próbowali wracać, można by znów o nich wspomnieć, choć niekoniecznie. W tym przypadku jednak rozumiem: polityk wraca do gry, media informują co się dzieje na scenie politycznej, taka ich rola. Teraz jednak mamy do czynienia z informacją, a raczej dociekaniem dziennikarzy: Co się stało z posłem X, dlaczego lider partii Y zniknął, gdzie podziewa się były minister Z i tak dalej i tak dalej. Zastanawiam się, czy nie jest tak, że jakiś mało kreatywny redaktor sięgnął po pierwszy lepszy temat, żeby wyrobi...

Rozterki

Zacząłem ostatnio oglądać program „Mała Czarna". Trzy panie prowadzące zapraszają czwartą panią i dyskutują wspólnie o sprawach ważnych dla kobiet i nie tylko. Program zaplanowany jest w ten sposób, że na podejmowany temat zawsze zarysowują się dwa przeciwstawne poglądy. Jedna pani jest za, druga przeciw, trzecia stara się moderować dyskusję, a osoba zaproszona opowiada się po którejś ze stron, lub z lekką drwiną w oczach przysłuchuje się dyskusji zacietrzewionych gospodyń programu. W jednym z ubiegłotygodniowych wydań „Małej Czarnej" panie wprawiły mnie w zadumę nad sprawami małżeństwa, macierzyństwa i rodziny. Pierwszy pogląd: „Seks - tylko po ślubie, małżeństwo - na całe życie, kobieta służąca mężczyźnie". Pogląd drugi: „Wolność, równość, rozpasanie, ekscytacja, szaleństwo, unikanie nudy". Wszystko w porządku, ja też mam prawo do własnego poglądu, mogę podyskutować z oboma punktami widzenia. Jednak człowiek uczy się całe życie. W pewnym momencie przyszło mi do g...

Nauka to potęgi KLUCZ

Profesor Konarzewski, szef Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, zaapelował do maturzystów: „Nie myślcie samodzielnie, nie bądźcie na egzaminie kreatywni. Schowajcie to na inną okazję!". Brawo za szczerość, ale jaki jest wobec tego sens zdawania egzaminu, zwanego kiedyś egzaminem dojrzałości? Obecna matura wymaga odpowiedzi zgodnych z tzw. kluczem odpowiedzi. Czyli, drogi maturzysto, pisz test tak, jak go ćwiczyłeś na lekcjach - zaznaczaj właściwe odpowiedzi i wpisuj tylko to, czego oczekuje egzaminator. Wszystko, co wystaje poza ramy klucza, zostanie przycięte do pożądanego kształtu i rozmiaru. Należę do jednego z ostatnich roczników szczęśliwców, którzy pisali na maturze wypracowanie. Kilka tematów do wyboru, pusta kartka, pióro i głowa - pięć godzin, życzymy powodzenia, start! Radzono sobie różnie, ale egzaminowany miał wtedy poczucie, że coś od niego zależy. Znasz temat, umiejętnie go zaprezentujesz, nie zrobisz błędów gramatycznych, ortograficznych ani stylistycznych - świet...

Bezpłatny esemes

Wszelkie loterie, konkursy audiotele i inne tym podobne maszynki do wyciągania pieniędzy zdążyły już na dobre wtopić się w krajobraz rodzimych mediów elektronicznych. Były już „nagrody bez losowania", „każdy kupon wygrywa" i inne „chuyty matetindode", że zacytuję klasyków. Były już kolekcje do skompletowania, zagadki do rozwiązania i niezmiennie bardzo atrakcyjne nagrody do wygrania. Pragnienie łatwej wygranej jest silnie związane z chrześcijańską wiarą w cuda i chęcią bogacenia się bez wysiłku, przy jednoczesnym braku etosu pracy. W naszym katolickim kraju ta wiara w połączeniu z biedą daje znakomite podłoże do prowadzenia działalności typu „zadzwoń i wygraj". Szczególną formą wyłudzania pieniędzy stały się gry esemesowe oraz programy, w których widzowie dzwonią do studia i odgadują, dajmy na to, hasło pięcioliterowe z odsłoniętymi trzema literami i z podpowiedzią. Widzowie dzwonią i słuchają muzyki za jedyne 3,66 +VAT za minutę, a kilku szczęśliwców dostępuje zas...

Benny Hill

Dziś mija 17 lat od śmierci jednego z najgenialniejszych twórców kultury popularnej. Człowieka, który wytyczył szlak następnym pokoleniom komików i satyryków, wynalazł wiele nowych technik i sposobów tworzenia programu telewizyjnego. 20 kwietnia 1992 roku zmarł Benny Hill. Naprawdę nazywał się Alfred Hawthorn Hill. Urodził się 21 stycznia 1924 w Southampton na południu Anglii. W 1955 roku rozpoczął produkcję swojego pierwszego programu satyrycznego pod tytułem „The Benny Hill Faking Show". Niemal od razu zdobył wielką popularność, którą cieszył się do końca lat 80. Nie założył rodziny, mieszkał w wynajętym mieszkaniu niedaleko studia telewizyjnego. Nie będę daleki od prawdy, jeśli wysunę przypuszczenie, że programy były jego prawdziwym życiem, a cała reszta - tylko dodatkiem, niezbędnym do egzystencji w społeczeństwie. „Benny Hill" jest pierwszym zagranicznym programem rozrywkowym, jaki pamiętam z dzieciństwa (nie dam głowy, ale wydaje mi się, że po raz pierwszy pojawił się w...

Vicky Cristina Barcelona

Znowu idąc na film, nic o nim nie wiedziałem. To się już zaczyna stawać regułą. Z trajlerów wywnioskowałem, że nie warto. Jednak okazja czyni złodzieja - był wolny bilet na seans, więc poszedłem (wielkie dzięki dla Ś.). Okazało się że moje wnioski powinienem sobie był w buty włożyć. Film mogę polecić z czystym sumieniem i zagłosować na niego wszystkimi czterema kopytami w każdym plebiscycie. Zaczyna się niewinnie i sztampowo. Zastanawiałem się, czy przypadkiem za chwilę główni bohaterowie nie zaczną mordować się nawzajem (wszystko przez Quentina...); na szczęście nie zaczęli. Zostałem zaskoczony bardzo mile, bo zamiast płytkiego romansidła albo zakamuflowanego horroru, zobaczyłem dobry film obyczajowy. Dopiero później dowiedziałem się, że film nakręcił i scenariusz napisał Woody Allen. Niewielu jest amerykańskich twórców filmowych, potrafiących zrobić dobry film. Jeszcze mniej jest takich, którzy z banalnej historyjki robią wspaniałe studium charakterów i osobowości, jak to pięknie zr...